Docenisz, jeśli stracisz. Stracisz, jeśli nie docenisz.

Dziś mija miesiąc, odkąd pewien brakujący element mojej życiowej układanki wrócił na swoje miejsce. Dziś wiem, że tak jest i że dobrze się z tym czuję. Tym brakującym elementem jest moja bliźniacza dusza, z którą zdecydowałam się wspólnie kroczyć przez życie – MACIEK. Dlaczego o tym piszę ? Jak zwykle – bo pragnę się podzielić jednym z najważniejszych w moim życiu doświadczeń, ku inspiracji, ku poruszeniu. Poza tym dlatego, że jestem cholernie wdzięczna i szczęśliwa – SOBIE, za wytrwałość, za dojrzałość, za każdą trudną chwilę. I Maćkowi – za wiarę, za cierpliwość i za to, że był i jest(…)

O czym właściwie będzie ten tekst ? Mogłaby to być dramatic love story z rzewnym happy endem. Mogłaby gdyby jej bohaterka była normalną, szablonową osobą, oglądającą seriale i czytającą powieści erotyczne. Jak zwykle prostuję – nie mam nic, do osób oglądających seriale tudzież czytające wyżej wymienione. Ale ja – samozwańcza filozof – jak zwykle sięgam głębiej, chcę więcej, szukam podwójnego dna i grzebię, drapię, sznupię, aż znajdę. Pewnie dlatego dostałam od życia taką lekcję – żebym mogła ją przetrzebić na wszystkie możliwe sposoby i PRZEŻYĆ najmocniej, jak to tylko możliwe.

Wracając do pytania – O CZYM BĘDZIE TEN TEKST zatem ?

O WYTRWAŁOŚCI

O ZAUFANIU I WIERZE

O POZNAWANIU SIEBIE

O TYM, CO DAJE NAM DRUGI CZŁOWIEK

O TYM, CO DAJE NAM BRAK DRUGIEGO CZŁOWIEKA

O WDZIĘCZNOŚCI

O AKCEPTACJI

O DYSCYPLINIE

O BRAKU DYSCYPLINY

O tym wszystkim, co Was dotknie, obudzi, wqrzy, wzruszy, rozbawi w Waszej relacji z bliskimi, nie tylko partnerami życiowymi, ale też rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami etc.

O MIŁOŚCI – a jakże !

Moja rozłąka z Maćkiem trwała 2 lata. To właśnie wtedy Maciek dostał propozycję pracy na Bliskim Wschodzie, w Katarze. Kiedy osoba, z którą dzielicie nie tylko dach nad głową, ale też spory kawał życia, pyta Was o zdanie – jaką ma w takiej sytuacji podjąć decyzję – co odpowiecie ? Ja odpowiedziałam – jedź. Nie do pomyślenia było dla mnie strzelać fochy, stawiać ultimatum czy w ogóle jakkolwiek wyrazić się o tym negatywnie. Było mi smutno, ciężko, źle. Ale wiedziałam, że to dla niego ważne. Szansa, przygoda, doświadczenie. Nowe miejsce, ludzie, wrażenia. Skręcało mnie z zazdrości – oczywiście ! Prowadziłam wtedy w Polsce swoją firmę, która szła całkiem całkiem, więc było oczywiste, że propozycja nie jest dla mnie. Nie była dla mnie. Była dla Maćka. Zaakceptowanie tego było mega wyzwaniem.

Po 3 miesiącach poległam, niestety. Poczułam bardzo mocno, co oznacza być samej. Z firmą, z codziennością, z całym bagażem swoich myśli, uczuć i przeżyć. Maciek zaproponował mi, abym przyjechała do niego. Poszukała pracy i spróbowała SIĘ tam obok niego odnaleźć. Zamknęłam firmę i…pojechałam.

Pierwsze 3 tygodnie były koszmarem. Czułam się tam jak więzień. Nie tylko z powodu ograniczeń kulturowych i religijnych tamtego świata. Nie mogłam za cholerę dojść, o co chodzi ? Dlaczego tak się męczę ? Tęskniłam do swojej pracy, która jest moją pasją, do tego, że mogłam robić,to co kocham i to, co mnie rozwija i buduje. Pamiętam, że jednego dnia wychodząc z budynku, w którym Maciek pracował, natknęłam się na zawieszkę – delfina leżącą pod moimi stopami. Symbol – przekaz był oczywisty – delfin jest symbolem wolności. Maciek trochę nie rozumiał moich rozterek, choć wspierał mnie mocno i starał się pomóc mi znaleźć rozwiązanie. Następnego dnia pojechaliśmy na zakupy. Czułam się w ten dzień fatalnie, moje ciało reagowało alergicznie na upał i suche powietrze. Miałam zapalenie spojówek i wyjście na światło dzienne było dla mnie mordęgą. Staliśmy już w kolejce do kasy, ja z zapuchniętymi oczami i miną zbitego psa. Nagle w głośnikach usłyszałam znane bity. To George Michael wyśpiewywał swój szlagier FREEDOM. Rozpłakałam się. Zrozumiałam wtedy, że cierpię, bo próbuję się odnaleźć w tym miejscu na siłę. Ze względu na Maćka, nie na siebie. Dopasować się do jego świata, a nie do swojego. To było jak oświecenie – nie odnajdziesz tego, czego szukasz, przez poświęcenie dla drugiej osoby. Po prostu NIE.

Wróciłam do Polski. Maciek został. Zaczął się dla nas rok próby – tak go nazywam. Widzieliśmy się w ciągu tego roku 4 razy, maksymalnie po 2 tygodnie… Ja początkowo dostałam skrzydeł. Działałam jak nakręcona w swoich projektach, nowe miejsca, nowi ludzie, nowe doświadczenia… Cudownie ! Aż po pewnym czasie zaczęło się to przeradzać w manię. Chyba po przeszło pół roku zdałam sobie sprawę, że to, co robię to…UCIEKANIE. Przed czym ? A raczej przed kim ? Ano przed sobą – OCZYWIŚCIE. Zaczęłam dostrzegać różnicę. Między byciem w kontakcie – ze sobą i przez to z drugim człowiekiem, a byciem jak automat, robot, który blokuje i wyłącza pewne swoje funkcje. Bo wtedy jest łatwiej. Mniej boli, jest lżej. Nie czujesz – nie cierpisz. Problem w tym, że ten stan szybko staje się normą i próba otwarcia się na drugiego człowieka po stanie ROBOTA jest walką. Jest pracą. Jest ogromnym wysiłkiem. I niesie za sobą ryzyko. Nie cierpisz, ale też nie czujesz. Nic. Szczęścia. Radości. Miłości. Bo nie dopuszczasz go do siebie.

Taka huśtawka trwała w sumie cały rok. Zakładanie zbroi, potem, gdy się widzieliśmy – rozbrajanie. Najgorzej było, kiedy rozbrajało mnie coś, gdy Maćka nie było przy mnie. Uruchamiały mi się wtedy wszystkie możliwe stany i emocje, które miałam ogromną chęć mu przekazać. Najlepiej osobiście ! Nienawidziłam go wtedy za to, że tam jest. Obwiniałam za to, że cierpię. Błagałam, żeby wrócił, po czym, ochłonąwszy, mówiłam, że jednak nie, bo najważniejsze, żeby odnajdywał w tym siebie. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że ja, zamiast też odnajdywać siebie, ciągle to spycham i na niego projektuję. Ale przyszło do mnie to olśnienie. I wtedy zaczęła się przygoda. Przygoda i podróż – wgłąb siebie.
Zaczęłam dostrzegać plusy tej sytuacji. Zrobiłam nieskończoną ilość warsztatów, które pomogły mi zrozumieć, poczuć to wszystko – jako JA. Nauczyłam się wracać do pustego domu i doceniać SWOJĄ obecność. Nauczyłam się dbać o siebie, nie czekając, aż ktoś to za mnie ( dla mnie ) zrobi. Nauczyłam się wybaczać – jemu i sobie – swoje błędy, trudne zachowania i reakcje. Nauczyłam się mówić, co czuję – od razu i otwarcie. Nie było innej możliwości – inaczej rozwaliło by mnie to. Mogłabym rzec, że ten czas był mega oczyszczeniem. Ze starych schematów, przekonań, wierzeń. Sytuacja była totalnie nowa. Nie dało się w niej przetrwać, nie zmieniając siebie.

Oczywiście, nie obyło się bez kryzysów. Poznanie siebie poznawaniem siebie, ale było po prostu, momentami, po ludzku, ciężko. Nie móc się przytulić. Nie móc się wesprzeć. Nie czuć zapachu drugiego człowieka. Widzieć go na ekranie komputera i nie móc dotknąć…Największy kryzys przyszedł końcem zeszłego roku, kiedy byłam już tak blisko siebie, czułam się silna i pewna tego, co chcę. I nie mogłam już wytrzymać na tej życiowej huśtawce. Chciałam się rozstać. Pojechałam do Maćka na dwa tygodnie, chcąc mu o tym powiedzieć. W końcu potrafiłam być sama, ba, samowystarczalna, po co mi było to cierpienie rozłąki i wieczne stanie w rozkroku ? Zdziwiło mnie, że kiedy się już byliśmy razem, moja mocna postawa samowystarczalnej zaczęła kruszeć. Zaczęłam rozumieć, że to nie chodzi o to, że jest się z kimś, bo coś się od niego potrzebuje. Jest się z kimś, bo się tego chce. Bo jest inaczej, kiedy on JEST. Żyje się wtedy, jakby ze zdwojonym impetem. Bywa to wqrwiające i doprowadzające do szału. Ale generalnie – jakże jest wzbogacające !

Moja znajoma mówiła zawsze, że ona wejdzie w bliską relację z kimś, tylko wtedy, kiedy z tym kimś będzie jej się żyło lepiej, niż samej. Ja nie wiem, czy mnie się żyje lepiej z Maćkiem. Ale na pewno BARDZIEJ. Cieplej. Mniej zbroi potrzebuję. Mniej energii – mam codzienne doładowanie 🙂

Zostaliśmy. I zostało nam ostatnie pół roku do powrotu Maćka do PL. Najbardziej wymagające pół roku ever. To jest takie uczucie, jakbyś dostał cukierka, ale przez pół roku możesz go lizać tylko przez papierek. Ufff. Wytrwałość i dyscyplina. Codzienne mówienie sobie – dam radę. Wytrwam. Po dwóch miesiącach myślałam, że nie wstanę. Leżałam w łóżku i wydawało mi się, że wstanie i zrobienie sobie śniadania to największy wysiłek świata. Nie miałam mocy, motywacji, chęci absolutnie do niczego. Byłam wycieńczona. Chodziłam do pracy jak zombie. Nie spotykałam się prawie z nikim poza tym. Będąc na warsztacie 5r przyszło zrozumienie, co się dzieje. Im bardziej coś od siebie odpychasz, tym bardziej to na Ciebie napiera. Walka o przetrwanie mnie wypaliła. Pozbawiła całkowicie energii do codziennego życia. Byłam jak nierozbrojona, tykająca bomba zegarowa. Jedynym wyjściem z sytuacji okazało się ODPUSZCZENIE. Odpuściłam. Powiedziałam Maćkowi i sobie, że pomimo, iż już niewiele zostało NIE WIEM, czy wytrwam. Że nie mogę obiecać. Że życie pokaże. Maciek zaakceptował moją postawę. Zrobiło się lżej. I to… pomogło nam przetrwać. Daliśmy życiu całkowite zaufanie. Że jeśli mamy być razem, to będziemy razem. Bez planowania. napinania się. Przyjęliśmy wszystkie trudne chwile i swoje wzajemne trudne emocje, zachowania i reakcje na przysłowiową klatę. Taka jestem. Taki jestem. Co ma być, to będzie…

I dziś – jest. Jesteśmy. Silniejsi o to doświadczenie. Inni, nowi. Poznajemy znów siebie. Dalej bez napinki. Dalej z akceptacją tego, co trudne i z wdzięcznością za to, co piękne. RAZEMM. Bo to co masz, podziel przez dwa, a zdziwisz się, że pomnoży Ci się 🙂

Maciej Zając – ten tekst dedykuję Tobie – dziękuję, że jesteś <3 

 

Napisz odpowiedź lub komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.