Niech każdy dzień ma w sobie coś z Dnia Dziecka.

Pierwszy raz w życiu dostrzegłam korelację niewielkiej odległości pomiędzy Dniem Matki a Dniem Dziecka. A właściwie to nie dostrzegłam, tylko odczułam. Emocjonalnie i fizycznie. Oba te święta od dłuższego już czasu jakby mnie nie dotyczyły. Dzień Matki był dniem składania życzeń rodzicielce, Dzień Dziecka jakoś wydawał mi się już nie dla mnie przeznaczony. A w tym roku było inaczej. Po pierwsze naprawdę fizycznie odczułam fakt, że Dzień Matki stał się MOIM świętem.

Rok temu, kiedy Andrzej był jeszcze maleńki jakoś tak nie miałam ugruntowanego w sobie faktu, że JESTEM MAMĄ. Tym razem zdecydowanie mocniej to czuję. A dziś Dzień Dziecka. I takie dziwne uczucie, dostać od Mamy życzenia z tej okazji…Tak dziwnie usłyszeć, że zwraca się do mnie „Dziecinko moja”… Jakoś chyba, sama zostając Rodzicem, odebrałam sobie ten przywilej bycia dzieckiem. A w głębi duszy dobrze wiem, że niesłusznie ! Wszak wszystkie mądre głowy mówią, że jeśli nie zaopiekujesz swojego „wewnętrznego dziecka” nie będziesz w stanie funkcjonować w pełni ani w harmonii w żadnej innej życiowej roli. I to się zgadza.

Kiedy w moim życiu pojawiło się dziecko, rola Matki zdominowała wszystkie pozostałe. Ta ogromna odpowiedzialność za czyjeś życie, sprawiła, że mocno zepchnęłam na dalszy plan swoje. W poprzednim poście pisałam już o tym, że udało mi się stosunkowo wejść na prostą i zadbać o swoje potrzeby, robić coś dla siebie, żyć dla siebie. Ale dziś zobaczyłam i uświadomiłam sobie, jak mało z tego, co robię dla siebie, jest przyjemnością. Większość chwil dla siebie są tymi, gdy jestem w pracy, lub robię samotne zakupy. Co, jakby nie patrzeć, częściowo jest przyjemne, bo moja praca jest moją pasją, a kupować dobre jedzenie i inne fajne rzeczy też raczej lubię. Ale zdecydowanie brakuje w tym wszystkim luzu i czystego fun’u. Bycia dla bycia, bez poczucia obowiązku i konieczności. Takiego dziecięcego bimbania, bez celu, bez sensu, bez konieczności decyzyjności.Źle napisałam, że to bez sensu. W tym właśnie widzę sens. W byciu. W nicnierobieniu. Jak rzadko pozwalam sobie na to, bez wyrzutów sumienia. Że pranie czeka, że garki się piętrzą, że obiad nieugotowany. Że nie wiem, co zrobię za chwilę, za godzinę, jutro. Jak trudno, nie wchodząc w ten stan czystego istnienia, być w relacji z innymi. Relacja z mężem pozostawia wiele do życzenia, wszak tyle jeszcze wokoło do zrobienia ! Relacja z dzieckiem zamiast źródłem radości staje się siedliskiem frustracji, przymusem zaopiekowania, zadbania. A jeśli wejdę w ten stan JESTEM, i płynę z prądem, razem z Andrzejem, wówczas okazuje się, że rzeczywistość kreuje się sama. Że nie trzeba nic planować na zapas. Że pojawiają się ludzie, miejsca, rzeczy. Że, zacytuję ostatnio przeczytany tekst: „Dziecko w podróży zamiast być balastem, staje się TALIZMANEM”… Robi się przestrzeń na relacje ze znajomymi, z rodziną. Wewnętrzny luz kreuje luźną atmosferę na zewnątrz.

Z bioenergetycznego punktu widzenia, za radość i kreację w naszym życiu odpowiada druga czakra, ta sama, która jest miejscem przyjemności seksualnej. Narządy przynależne do tego ośrodka energetycznego w ciele to narządy miednicy mniejszej ( narządy płciowe ) oraz jelita. Z emocją radości życiowej połączona jest także śledziona, która wg medycyny chińskiej odpowiada za smak słodki. Łącząc te informacje, okazuje się, że gdy nie mamy zharmonizowanego tego obszaru, nie mamy energii do działania, tworzenia, dostęp do odczuwania przyjemności zostaje zablokowany. Jednak potrzeba w ciele zostaje. Jest to najszybsza droga do różnych „holizmów” takich jak zakupoholizm, czy słodyczoholizm. Tak, alkoholizm też się zalicza. Jedzenie słodyczy ma nam zrekompensować brak słodkich chwil w życiu, picie alkoholu zapomnieć o smutku a zakupy wyrównać brak energii materią. Co, oczywiście na dłuższą metę NIE DZIAŁA i tylko powoduje zapętlenie w dysbalansie. Dopóki nie nawiążemy stałej relacji ze swoim wewnętrznym dzieckiem, nie zadbamy o odpowiedni poziom radości i zabawy w życiu, zharmonizowany z ilością pracy i obowiązków, dopóty będziemy szukać zamienników, substytutów. A ciało będzie chorować. Konflikt potrzeb wewnętrznych w zderzeniu z niezaspokojeniem ich w rzeczywistości zewnętrznej generuje chorobę. Od infekcji okolic intymnych, po problemy z jelitami ( niewyrażone emocje ) aż po nowotwory ( odenergetyzowanie narządu ). Wszystko czysta psychosomatyka, w połączeniu z energetyką organizmu.

Pojechałam trochę z tematem, ale widzę i czuję, jak to ogólnie ważne. Jak mało osób dba o swoje wewnętrzne dziecko. Jak przez to, nie tworzą relacji z innymi, także z własnymi dziećmi. Gdy nasze wewnętrzne dziecko jest nakarmione, wówczas taki mały człowiek staje się inspiracją, przyjacielem, towarzyszem. Nie przeszkodą. Nie ciężarem.

Ja i mój mąż mamy w sobie dużo z dzieci. Nie twierdzę, że to idealnie. W życiu przychodzi też czas, aby dorosnąć. Aby zacząć podejmować decyzje i ponosić ich konsekwencje. Aby stawiać granice. Aby zostać rodzicem. Dać wsparcie. Uczyć. Inspirować. I tego nam czasem brakuje. Ale za to szybkie wchodzenie w relację z dzieckiem z własnego wnętrza wyraźnie przekłada się na poprawę relacji z potomkiem. Pomaga zrozumieć.Wzajemnie poczuć. Nauka staje się wymianą. Jest przepływ.Przejście z jednej roli w drugą nie wymaga aż takiego wysiłku. I łatwiej wyjść z kryzysowych momentów, bo tych jest masa każdego dnia. Życie zawsze dąży do równowagi. I po każdej, nawet najlepszej zabawie, zwykle trzeba kiedyś posprzątać.

Napisz odpowiedź lub komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.