Niech ciąża Ci nie ciąży.

Inspiracją dla mnie, do stworzenia tego wpisu, staliście się Wy i… życie. Chcę zaznaczyć, iż nie traktuję tego jako chęć dawania rad, tudzież wbijanie się w ciasne szranki z powstającymi, jak grzyby po deszczu, kolejnymi FIT – MAMAMI. Chcę się podzielić, bo to lubię, bo czytając moją historię każda/każdy ( ważna rola partnera i taty ) z Was może odnaleźć cząstkę siebie, wziąć coś, coś odrzucić, z resztą, jak to zwykle u mnie 😉 Nie pozostanę fałszywie skromną, jeśli nie przyznam, że motywacją do tego artykułu jest też chęć pochwalenia się, poczucia dumy z siebie, z tego, co udało mi się osiągnąć, ale też powiedzenie, co mi się nie udało, bo to wszystko, wierzę, doda Wam sił i pomoże pewnych rzeczy, być może uniknąć. Ale nadrzędna zasada – słuchaj siebie, przepuszczaj wszystko, co spotykasz z zewnątrz, przez swój wewnętrzny filtr, który jest zawsze najlepszym przewodnikiem Twojego życia. Ten tekst również śmiało filtruj. Dawaj mi feedback – chętnie przyjmę, każdy, też ten hejterski.

Ciąża, jest niewątpliwie, jednym z najważniejszych i najbardziej przełomowych wydarzeń w życiu kobiety.Jak dla mnie jedną z tych rzeczy, których do końca nie da się ogarnąć umysłem, z elementem mistyki, niewiadomej, tajemnicy życia, a jednocześnie tak bardzo przyziemną, fizyczną ( fizjologiczną ), żeby nie rzec – pierwotną . Naturalną do bólu. Wielką, nieodwracalną zmianą. Publikacji na ten temat jest dostępnych na tony. Każda dotyka tematu z trochę innej strony. Każda dociera do nas mniej lub bardziej, w zależności od tego, z jakiej gliny zostaliśmy ulepieni i jaki mamy system wartości. Ja chcę skupić się na stronie fizycznej, tak bardzo mi bliskiej, a także mentalnej i duchowej, jako, że, jak wiecie, te sfery nierozerwalnie się, moim zdaniem, łączą. Kiedy jedna z nich zostaje zaburzona, cały nasz wewnętrzny ekosystem zaczyna niedomagać i prędzej, czy później, znajdzie to swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Pierwsze, co u mnie dało się we znaki, to objawy ze strony ciała. Pojechałam na warsztat 5rytmów i już na warsztacie czułam, po prostu czułam, że coś jest inaczej, niż zwykle. Co prawda, 5rytmów to dla mnie najmocniejsza praktyka ciała i duszy i pierwsze zwaliłam swoje tragiczne samopoczucie na moc wydarzeń i doświadczeń, których zaznałam na warsztacie. Powaliło mnie na 3 dni do łóżka, odcinając totalnie moje zasoby energii życiowej. Jedyne, na co miałam siły, to spać, sikać i walczyć z mdłościami. Po 3 dniach bez specjalnej poprawy, napisałam do znajomej, aby odwołać spotkanie, bo umieram. A ona, z krótkim pytaniem – a co Ci jest ? Opisałam jej swoje objawy, twierdząc, że to zapewne jelitówka, na co ona – a w ciąży czasem nie jesteś ?! Kurtyna ! W ciąży ? Eeee.. no właściwie – może, qrde, jestem ? Hahahahaha, to była ostatnia rzecz, która by mi wtedy przyszła do głowy. Mój Maciek był jeszcze za granicą, więc temat budził pewien dreszczyk emocji, gdyż ostatni raz widzieliśmy się i „byliśmy” fizycznie razem, jakiś…miesiąc temu 😛 Bum, kolejny puzzel do układanki.Zadzwoniłam do Wojtka, mojej bratniej duszy i zapytałam go, czy pojedzie ze mną do lekarza, bo bałam się, że zasłabnę za kółkiem. Badanie, nieskończenie długie czekanie na wynik i – BTHCG – podwyższony DUŻO. W necie czytam – 5 tygodniowa ciąża. Następnego dnia, leżąc na kozetce u gina zobaczyłam pierwszy raz to mikroskopijne, bijące w czymś, przypominającym fasolkę, serduszko… Zdławiło mi oddech – w moim ciele postanowiło zajarzyć się NOWE ŻYCIE (…)

Pierwszy trymestr ciąży był mocno fizyczny. Nie do opanowania senność, mdłości, węch wyczuwający z kilometra każdy, zwłaszcza nieprzyjemny zapach, apetyt na chleb z żółtym serem i pomidorem i na sok jabłkowy. Prowadziłam cały czas regularnie swoje zajęcia, gdzie pomiędzy spałam i jadłam wyżej wymienione. Na nic więcej nie miałam mocy. ze wszystkich stron słyszałam, że powinnam się na maksa oszczędzać, bo to czas największego ryzyka. Hmm… jakoś miałam mega zaufanie do swojego ciała i podążałam za nim. Nie robiłam nic ponad swoje siły, ale nie odmawiałam sobie treningów, wypadów w góry, 5 rytmów. To zostało ze mną do końca, choć co nieco potrzebowałam z czasem zmienić. Zmieniły się np klimat i rodzaj ruchu, wysiłku, który mnie „jarał”. Czułam, że dźwiganie i spinanie, walka ze sobą – nie do końca. Za to taniec, oddech, ruch rozluźniający, uczący odpuszczać, płynąć, podążać za ciałem – jak najbardziej. Chodzenie po górach też było super, ale jeden wypad, który zaliczyliśmy z Maćkiem wspólnie, w węgierskich, dzikich górach, dosyć mocno sprowadził mnie na ziemię. Wydawało mi się cały czas, że mogę wszystko, bez ograniczeń, i mogłam w sumie, ale gdy dopadła nas burza z gradobiciem i huraganem a byliśmy w węgierskiej czarnej d… poczułam pierwszy raz silne uczucie instynktu i lęku, nie tylko o siebie. Przemokłam i przemarzłam do kości, o mały włos nie spadłam na dupie ze zbocza, ale przetrwaliśmy to. Uczucie po – ogromny wstyd. Chęć brawury i potrzeba wiecznej satysfakcji ze swoich możliwości mogła się ciężko skończyć. Pokora i świadomość nie bycia niezniszczalną po raz pierwszy dała o sobie znać. Poza tym mocnym doświadczeniem, pierwszy trymestr, generalnie, uczył pokory. Przytyłam w nim chyba najwięcej z całej ciąży, a przynajmniej przyrost wagi był dla mnie najbardziej zauważalny. A może był czymś na tyle nowym, że tak mnie to ruszyło ? Tłumaczyłam sobie, że potrzebuję tej nadwyżki, aby utrzymać i ogarnąć powstające życie w sobie. I żeby było jasne, to było 5-6kg więcej, ale dla mnie, osoby dosyć szczupłej, ze stałą wagą, było to trudne do zaakceptowania. Zwłaszcza, że nagle zaczęłam mieć krągłe, kobiece kształty, co do tej pory nie było czymś tak oczywistym 🙂 W pierwszym trymestrze, jeśli chodzi o mental, dużo pomagała mi medytacja wdzięczności i zaufania, a najbardziej w momentach, kiedy słyszałam, że tego nie wolno, a tamto szkodzi. Wiedziałam, że przede wszystkim muszę słuchać siebie i wierzyć, że skoro Andrzej ( imię przyszło do mnie we śnie, dwa dni po tym, jak się dowiedziałam, że jestem w stanie błogosławionym ) zechciał pojawić się w naszym życiu, to w nim pozostanie, i że jego mama może być szalona i niestandardowa. Tak, ta myśl utrzymywała mnie w kondycji psychicznej do samego końca. Jak również słuchanie swojego ciała, nawet nie będąc do końca w zgodzie z zaleceniami lekarskimi.

W całej ciąży przytyłam 12kg. Drugi trymestr był złotym czasem. Przytyłam wtedy najmniej i czułam się jakbym żyła z podwójnym doładowaniem. Miałam nadwyżkę energetyczną, byłam na 5rytmowym warsztacie Asi Hussakowskiej, z nagości, który pozwolił mi zaakceptować w pełni moje zmieniające się ciało, a jednocześnie pomógł uwierzyć, że mogę nadal być sobą i dbać o swój samorozwój. Prowadziłam intensywnie swoje zajęcia, warsztaty. Targałam po górach i w sumie, to mogłabym w takim stanie być wiecznie. Wówczas przyszła kolejna lekcja pokory, gdy pod koniec drugiego trymestru, mały dosyć znacznie, w krótkim czasie, przybrał na wadze. Nie zmieniając swojego trybu życia, po powrocie z jednej wycieczki górskiej, poczułam, że coś jest nie tak, i że średnio się czuję. Następnego dnia pojawiło się lekkie krwawienie i mega osłabienie organizmu. Po wizycie u pani doktor dostałam ostrą reprymendę i całkowity zakaz aktywności ze względu na skracająca się szyjkę macicy i zagrożenie przedwczesnym porodem. Mój świat na moment się zwalił. Dwa dni leżałam załamana w łóżku i zastanawiałam się, jak dalej żyć. Podświadomie czułam, że muszę coś zmienić, że moje ciało domaga się uwagi, innego traktowania i że będzie to z korzyścią dla Andrzeja. Ten pobyt w łóżku był mocnym czasem zejścia głęboko do swojego wnętrza i zadania sobie pytania – czego na prawdę potrzebujesz ? Uświadomiłam sobie, że moja ogromna chęć bycia aktywną do maksimum była podyktowana niezgodą na odpuszczenie, na wycofanie się. Wydawało mi się, że wtedy umrę. Pisałam już o tym więcej w poprzednim wpisie :

Jaskinia, której najbardziej się boisz, kryje skarb, którego najbardziej pragniesz…

Postanowiłam znaleźć złoty środek i sposób na to, aby więcej być, a mniej robić. Zaczęłam zgłębiać mocniej jogę, którą jak dotąd praktykowałam głównie „fizycznie” i eksplorować jej wpływ na ciało kobiety w tym szczególnym czasie. I to był strzał w dziesiątkę. Regularne zajęcia jogi, prowadzone przez moją mistrzynię tej praktyki, Kasię Radkę, zadziałały cuda. Moje ciało rozluźniło się, ale nie straciło na sile. Pozycje odwrócone skutecznie zapobiegały zwiększeniu ryzyka przedwczesnego porodu. Hormony się regulowały, co pomagało na obrzęki nóg i na zgagę. Ośmielona, zaczęłam szukać głębiej, dosłownie, włączając do swoich działań intensywny trening głębokich mięśni dna miednicy, połączony z ćwiczeniami oddechowymi. Z czasem dorzucałam do tego ćwiczenia wzmacniające. Regularnie też 5rytmowałam, co pozwalało mi oczyścić głowę z lęków i mądrych rad wszystkich wokół. W 8ym i 9ym miesiącu wybrałam się nawet na kilka tripów w góry, z tym, że postanowiłam jednak odpuścić, nie ze względu na stan organizmu, ale ze względu na stan podłoża ( lód, mokry śnieg, wywrotki i te sprawy ). Za to każdego dnia robiłam minimum 4-5 kilometrów intensywnego marszu. Te marsze to była moja medytacja. Moje dziecko do tej pory uwielbia się kołysać w rytm mojego marszu 😉

Prowadzenie regularnych zajęć zarzuciłam od 7ego miesiąca. Trochę ze względu na aspekt fizyczny, ale głównie mentalny. Czułam potrzebę gromadzenia energii i dzielenia się nią z rosnącym we mnie nowym życiem. Ale nie wycofałam się całkiem zawodowo, co dawało mi poczucie sprawczości i ogarniętości 🙂 Prowadziłam warsztaty i sesje indywidualne. Końcówka ciąży była dla mnie intensywnym czasem i w sumie nie chciałam się za bardzo z nim rozstawać. Co ciekawe, brzuch przeszkadzał mi tylko przy prostych czynnościach życiowych takich jak ubieranie butów, czy golenie nóg, natomiast nie stanowił przeszkody przy stawaniu na głowie, czy świecy, które robiłam na jodze do samego końca, jeszcze dwa dni przed porodem 🙂

Sam poród to story of my life. Kasia położna, widząc mnie na umówionej wizycie kontrolnej, zapytała – co taki mały ten brzuch ? Po badaniu stwierdziła, że mam jeszcze czas, bo główka wysoko itp. Ruszyłam więc z powrotem do domu, nastawiona, że jeszcze podźwigam, że pojadę jutro na 5 rytmów, że to i tamto jeszcze zdążę zrobić… Dwie godziny później „zawoziłam się” z powrotem do szpitala z regularnymi skurczami wbijającymi mnie w fotel przedniego siedzenia ( ! ) Sam poród trwał 15 minut. Bolało, owszem, ale czułam, że mam moc, że wiem, kiedy napierać, a kiedy odpuszczać. Pomoc Kasi była oczywiście nieoceniona. Cały czas pomagało mi nastawienie – mogę to zrobić, zrobię to, jak najszybciej do mety, nie ma sensu się męczyć ani malucha. He he, jak o tym teraz myślę – nigdy w życiu chyba nie byłam jeszcze do niczego tak zdeterminowana. A jednocześnie spokojna. Pomagał mi krzyk i oddech jogiczny. Wyszłam z porodówki niecałe 3 godziny później, z Andrzejem w ramionach. Przygoda życia. Przygoda, która się właściwie dopiero zaczęła.

Powrót do formy poporodowej jeszcze trwa. Obolała byłam przez jakieś 5 dni. Od pierwszego dnia po porodzie wróciłam do ćwiczeń dna miednicy i oddechowych. Stopniowo zaczynam jogować, spacerować. Czekam do trenowania na większą skalę do zakończenia połogu, aby uniknąć rozejścia się mięśnia prostego i niepotrzebnego napinania. I daję sobie czas na oczyszczenie. Psychicznie nie jest łatwo, w momentach kryzysu pozwalam sobie na płacz i złość. Nie tłumię żadnych emocji. W ciąży też nie tłumiłam. Rozmowy z bliskimi o bolączkach też mi dobrze robią. Niewyrażone emocje wypłakiwane są przez dziecko, już tego doświadczyłam. Podobnie było w ciąży, kiedy się czymś stresowałam, od razu spinał mi się brzuch. Uwalnianie i odpuszczanie. Złota recepta. Warto też skorzystać  z faktu, jak mocno ciąża ugruntowuje i osadza w tu i teraz. Zadręczanie się wyimaginowanymi lękami nie może posłużyć niczemu dobremu. Zamiast rozmyślać nad tym, co będzie,jak będzie, a to się jeszcze nie wydarza, lepiej skupić się na oddechu, na rozgrzanym podwójnym życiem ciele, dać mu uwagę i troskę. Oczyścić głowę, np biorąc prysznic po ciemku, ( to nie żart ! ) albo wychodząc na łono natury, słuchać szumu drzew lub płynącej wody. cały organizm jest mocno eksploatowany w tym czasie, dobrze okazać mu czułość i wrażliwość oraz zwyczajnie dbać o swoje potrzeby.

Na koniec napisze jeszcze coś o jedzeniu. Dla mnie najtrudniejszy był początek ciąży, bo albo nie miałam apetytu, albo jadłam jak szalona, miałam zachcianki, najczęściej na niezdrowe rzeczy typu pizza, czy zapiekanka, czipsy, frytki.Odrzucało mnie od rzeczy w teorii zdrowych, typu kasza, owsianka, zupa. W drugim trymestrze wróciłam do normalnego jedzenia, czyli głównie warzywa i owoce, do tego nasiona, zboża. Nabiału generalnie unikam, zdarzyło mi się już w trzecim trymestrze sięgnąć po jajko czy jakiś dobry ser. Nie jadłam za dwoje, ale dla dwojga, zwłaszcza, że pod koniec ciąży malec już był tak wysoko, że uciskał mi na żołądek i mieściło się w nim naprawdę niewiele. Udało mi się utrzymać na diecie wege, z niewielką suplementacją. Trochę się tego obawiałam, ale prawie 15 lat nie jem mięsa i pomimo, że czytałam historię takich kobiet, które w ciąży zarzuciły temat,  ja nie czułam potrzeby powrotu. I nadal nie czuję.

Podsumowując moją opowieść – pomimo, albo właśnie dlatego, że ciąża to stan wyjątkowy, warto być ze sobą w kontakcie, słuchać siebie, bardziej niż KOGOKOLWIEK innego. Filtrować wszystkie informacje przez siebie. Stawiać granice w przyjmowaniu rad i zaleceń. Mówić o tym, co nas boli. Odpuszczać, ale nie poddawać się. Dać się ponieść z prądem życia. Nie chcieć wszystkiego kontrolować. Ryzykować. Wierzyć w swoją moc. Skupiać się na tym, co mogę zrobić, a nie na tym, co muszę. Kontemplować każdą drobną przyjemność i nagradzać się za to, co nam wyszło. Ta umiejętność przydaje się zawsze. Nie tylko w stanie wyjątkowym.

Napisz odpowiedź lub komentarz

Twój adres email nie będzie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.